4. Bł. Jan Beyzym-> Ewangelia - z tekstów wspólnych o świętych, którzy pełnili dzieła miłosierdzia. -> Życiorys O. Jan Beyzym był Polakiem urodzonym na Wołyniu w połowie XIX w. Po ukończeniu gimnazjum wstępuje do nowicjatu jezuitów. W nowicjacie nie był bynajmniej ozdobą zakonu. Gdy koledzy żartowali, on siedział jak mruk i czekał tylko okazji, aby umknąć do "swoich chorych". Nie był jednak ponurakiem. Lubił płatać figle i kawały. Kiedyś chorego, szczupłego ucznia w izolatce, podmienił w nocy na pacjenta o potężnej budowie. Starszy brat pielęgniarz, który zdrzemnął się przy chorym, przestraszył się nie na żarty, gdy zobaczył rano postać znacznie wyższą i tęższą. Z pasją oddawał się rzeźbie. Zostawił po sobie wiele pięknych relikwiarzy, lichtarzy, kapliczek, ram do obrazów. Gdy sam został wychowawcą w jezuickiej szkole w Tarnopolu, chłopcy uwielbiali go za gawędy, fantazję i humor. Przepadali zwłaszcza za opowiadanymi przezeń dowcipami. Woleli słuchać ojca Jana niż czytać opowieści Verne. Imponował także niesamowitą krzepą - orzechy laskowe położone między palce kruszył, uderzając nimi o stół. Z wielką pasją oddawał się służbie chorym współbraciom w przyklasztornej infirmerii. Mimo ofiarnej pracy wiódł jednak dość wygodne i spokojne życie. Dzięki lekturze broszur i czasopism bliżej zainteresował się misjami. Od pewnego czasu dojrzewa w nim decyzja, aby poświęcić się "najnieszczęśliwszym z nieszczęśliwych". W liście do prowincjała jezuitów z 11 października 1897 roku, niemłody, bo już 48-letni zakonnik, prosi o oddelegowanie go koniecznie do służby trędowatym. "Na jaką stację misyjną musiałbym iść, jest to dla mnie zupełnie obojętne, byle do trędowatych" pisze. Niedługo potem w liście do generała jezuitów tłumaczy, że dzięki takiej pracy będzie mógł wynagrodzić Bogu swoje grzechy, a jego macierzysta prowincja tylko zyska, tracąc "gałgana" do niczego nie zdatnego. Tak oto niemłody Wołyniak znalazł się na Madagaskarze, poświęcając się z miejsca "czarnym pisklętom", jak mówił o swoich chorych podopiecznych. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak ciężka to była służba. Dziś, chociaż trąd przejmuje ludzi zdrowych wstrętem, sytuacja cierpiących na tą chorobę jest nieporównywalnie lepsza. W czasach ojca Jana trędowatych nazywano "żywymi grobami", byli oni całkowicie odizolowani od społeczeństwa i nawet najgorszych zbrodniarzy nie zatrudniano do pracy przy nich. Żeby ludzi o odrażającym wyglądzie nie tylko zaakceptować, ale pokochać, trzeba być świętym. Gdy znalazł się na Madagaskarze to co zastał, przekroczyło jego najgorsze przeczucia. Szumnie nazywane "schronisko", to kilka nędznych bud, w których gnieździli się trędowaci. Te budy prawie się rozsypywały, groziły zawaleniem przy mocniejszym wietrze i wcale nie chroniły od deszczu. Ale najgorszy był głód. Przecież, jeśli ktoś tutaj wśród trędowatych umierał, a umierają często, to nie tyle z trądu, ile z głodu, zimna lub brudu, albo ze wszystkich tych powodów razem. Ojciec Beyzym nic jednak na to nie mógł poradzić. Brak było pieniędzy. Rząd kolonialny nie troszczył się zupełnie o chorych. Pracuje i mieszka w prymitywnych warunkach. Najpierw widzimy go służącego trędowatym w leprozorium w Ambahiwuraku. Mimo wielkiego poświęcenia ojca Jana, choroba zbiera straszne żniwo. Pisze do Polski: "W tych ostatnich czasach pochowałem wprawdzie trzech, ale cieszy mnie to, że umarli z trądu, a nie z głodu". Swoje cierpienia bagatelizuje, mówiąc o nich "trzaseczki z Krzyża Pańskiego". Często zapada na febrę i pracuje z 40 -stopniową gorączką. Do tego musi pokonywać jeszcze opór tubylców, nieskorych do szybkiej pracy. Pisał do redakcji "Misji katolickich": "Robota posuwa się naprzód ślimaczym galopem, co mnie nadzwyczaj niecierpliwi, ale tu wszystko tak idzie. Każdy kawałek drzewa, każdą cegłę lub kamień trzeba przenieść na plecach, bo wozów wcale tu nie ma". Leczy nie tylko ciała, ale i dusze. Katechizuje, udziela chrztów, bywa, że dwudziestu kilku dziennie. W urządzonej własnoręcznie kaplicy umieścił obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który bardzo spodobał się Malgaszom - rysy na twarzy Maryi przypominały im ich własne rany. Był realistą. Wiedział, że nie wystarczy mówić ludziom o Bogu, gdyż chory "od rana do nocy musi myśleć o tym, jak by podtrzymać to swoje nędzne życie". Dopiero wtedy - rozumował ojciec Jan - trędowaci będą myśleć o Bogu i o własnym zbawieniu, gdy będą mieli zapewniony byt. Dlatego jego ideą stała się budowa szpitala dla 200 chorych. Uznano to za pomysł szalony W dodatku miejscowy biskup rzucał mu kłody pod nogi. Radził, aby ofiary na szpital przeznaczać na utrzymanie chorych. Ojciec Beyzym, nie mogąc liczyć na jego pomoc, postanowił zwrócić się o wsparcie do społeczeństwa polskiego. Śle także listy do różnych krajów. "Czy mi się kiedy, staremu durniowi śniło, że będę z całym światem korespondować?" - pytał jednego ze swoich znajomych. Jego listy do kraju są pełne pokory W jednym z nich pisze: "Mrowie po mnie przechodzi, kiedy wspomnę, że mogę lada chwila stanąć przed Sądem Bożym, a dusza taka czarna, ale w obu karmelach modlą się za mnie, a Najświętsza Matka Miłosierna bez granic, więc dla podłego Tatara miejsce w czyśćcu się znajdzie". Rodacy odpowiadają ochoczo na jego dramatyczne apele. Bardzo pomogła mu błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska, przysyłając pieniądze i paczki. Wreszcie w 1911 r. dzieło zostaje ukończone: w Maranie koło Fianarantsoa staje nowoczesny szpital dla 200 trędowatych. Kiedy jego "pisklęta" zamieszkały w szpitalu, a przybyłe siostry zakonne otoczyły ich troskliwą opieką, ojciec Beyzym czuł, że jeden cel jego życia został osiągnięty. Na tym jednak nie poprzestał. Gdzie było nieszczęście, tam on chciał spieszyć z pomocą. Dowiedział się, że na Sachalinie żyją w okropnych warunkach zesłańcy polscy, pozbawieni pomocy duszpasterskiej. Chce do nich pojechać. Ale Chrystus już widać nie chciał tej ofiary. Ojciec Beyzym opiekując się chorymi sam zaraził się trądem. On orał, siał, trudził się, a owoce jego trudnej, pionierskiej pracy zebrali jego następcy. Chorobę, cierpienie i zło zwyciężyła miłość. Choroba czyniła jednak szybkie spustoszenia w organizmie wycieńczonym pracą ponad siły, a atak febry powoduje śmierć w 1912 r. Został beatyfikowany przez Jana Pawła II, 18 VIII 2002, a jego relikwie znajdują się w bazylice Serca Jezusowego w Krakowie. -> Jakie cechy dostrzegamy u bł. o. Jana Beyzyma? 1. Miłość do chorych i cierpiących. 2. Umiejętność nie oszczędzania siebie. 3. Pokora osobista. 4. Wytrwale pokonuje przeszkody. Błogosławiony ojcze Janie Beyzymie, opiekunie chorych i cierpiących - módl się za nami. |
|
Oaza 2005 Oaza Dzieci Boże Święty Jacek Modlitwy po łacinie Cassie Bernal |